W Sopocie, w Instytucie Spraw Wszelakich, w piątkowy wieczór wystąpić miał duet UL/KR.
Szłam ze znakiem zapytania nad głową, bo ani ciut ciut nie znałam twórczości chłopaków.
Co prawda był to piątek, ale nie trzynastego i nie wiedzieć skąd nad imprezą zawisło jakieś dziwne fatum małych nieszczęść.
Na wejściu zamiast biletów czy pieczątek zostaliśmy oznaczeni markerem ("X":) ) na nadgarstkach, bo ktoś zapomniał pieczątek. A później już taśmowo: problemy zespołu z odsłuchem, z mikrofonem...
Tylko nie piszę tego po to, żeby pomarudzić, ale żeby podkreślić, jak mimo tych niedogodności byłam oczarowana całym występem UL/KR.
Stworzono tak niesamowitą atmosferę, że publiczność była wpatrzona i zasłuchana w nich jak małe dziecko słuchające ukochanej bajki.
I tak jak wcześniej ich nie znałam, tak z miejsca kompletnie mnie zauroczyli - dwóch niepozornych chłopaków, w tym jeden z wąsem i w koszuli ze strychu dziadka, drugi z fryzurą à la Johnny Bravo.
Zaprezentowali brzmienie na tyle oryginalne, że aż sama nie wiem do czego i kogo ich porównać. Wymyśliłam sobie więc nowy gatunek - liryczny electrock:) Tak z delikatnym przymrużeniem oka, ale tak to właśnie widzę (słyszę). Po koncercie skusiłam się od razu na płytę, wszak trzeba zespół wspierać
i życzyć, aby coraz szerzej ich dźwięki opanowywały eter.
Oby do rychłego usłyszenia!
\m/
OdpowiedzUsuń\m/ ^ ^ \m/ <- to jest Ola :D!
OdpowiedzUsuń:)
OdpowiedzUsuńo, ola i łukasz ;)
OdpowiedzUsuń