środa, 16 stycznia 2013

Hemsedal

Miała się tu pojawić druga - i w zamierzeniu ostatnia - część relacji z wyjazdu. Ale. Samych zdjęć ze spacerów uzbierało mi się tyle, że klawisz scroll odwiedzających mógłby tego nie wytrzymać. Tak więc dziś po prostu część kolejna. Zapraszam.

Przyjmijmy, że właśnie dojechaliśmy (nie bez przygód, co czyni wspomnienia z wyjazdu jeszcze bardziej barwnymi). Jest już wieczór, więc sceneria iście bajkowa. Śniegu po kolana, miejscami do połowy uda. Nagromadzony na drzewach śnieg ugina swoim ciężarem gałęzie. Naszym oczom ukazuje się piękny drewniany domek, jestem wniebowzięta. Nosi dosyć trudną do przyswojenia nazwę - Elgstugu.

PS. Pora wykonania zdjęć rozmija się momentami z czasem narracji mojej opowieści, ale uporządkowanie zdjęć pod jej dyktando jest znacznie prostsze niż opisywanie pojedynczych zdjęć:)



Wnętrze okazuje się niesamowicie przytulne (okazuje, bo chyba nikt z nas nie wiedział jak domek w środku wygląda i dzięki temu nasz entuzjazm nabiera mocy do potęgi n-tej!). Czeka na nas ciepłe wnętrze i klimatyczny drewniany wystrój, zmęczenie podróżą znika w mig. Z każdego okna spoglądają na nas góry albo las. Mam ochotę zabarykadować się tam do końca życia:)




Czekamy na resztę ekipy, która w drodze na wzgórze, na którym stoi domek, uzbraja swoje koła w łańcuchy. Gdy przybywają wszyscy rozpakowujemy nasz cały majdan:) Domek jest dziesięcioosobowy, więc każdy znajduje swoje miejsce. Jak ktoś pod koniec naszego pobytu słusznie zauważył, mimo iż stanowiliśmy całkiem liczną ekipę, cała organizacja dnia codziennego oraz wspólnie spędzany czas nigdy nie były powodem zgrzytów i nieporozumień. Na dowód tego - nasz pierwszy posiłek dzięki niepisanemu podziałowi ról niemalże sam wskoczył na stół w parę minut:)


Było to 31. grudnia, więc parę godzin później świętowaliśmy w szampańskich nastrojach Nowy Rok:) Z tego wydarzenia zdjęć nie ma i nie będzie, hehe.

Tyle tytułem wstępu i moich pierwszych wrażeń. Z uwagi na to, że Hemsedal, do którego przybyliśmy jest miastem typowo turystycznym, parę słów o nim.
Nie należę do grona narciarzy ani fanów snowboardu, więc śmiało mogę powiedzieć, że oprócz spacerów i przesiadywania w lokalnych knajpach naprawdę niewiele jest atrakcji. Mi to wystarczyło, bo dla mnie osobiście spacery zawsze łączą przyjemne z pożytecznym, mogłam do woli zachwycać się norweskim pejzażem i chociaż w niewielkim stopniu wzmocnić kondycję.
A dla tych, którzy lubią poszaleć na stoku parę zdjęć i informacji ->






Ośrodek wygląda profesjonalnie, jest doskonale zorganizowany. Restauracje, sklepy, wypożyczalnie sprzętu, zadbany stok. Jest również szkółka dla początkujących, ale się nie skusiłam;) Na kosztach wynajmu sprzętu i wjazdu się nie znam, ale za trzy dni trzeba było zapłacić bodajże około 300-400 złotych. Za to cena 15 minutowego dostępu do internetu (15 złotych) mnie zabiła. Kurort pełną gębą!:)
Jest jeszcze rzecz, która niesamowicie mnie zaskoczyła i pod koniec pobytu wszyscy zdecydowaliśmy się skorzystać z tej możliwości - grill na stoku!





Kto wytrwał do końca, moje gratulacje ;) Niebawem kolejna część mojego norweskiego tasiemca!

1 komentarz:

  1. Wnętrze domku widać, że jest przytulne, ciepłe, kuchnia pomysłowo zaprojektowana. Ładne zdjęcia oddają realistycznie ten klimat.

    OdpowiedzUsuń