A zatem - dziś trzecia część mojej norweskiej opowieści.
Z ogromnego stosu ośnieżonych zdjęć wybrałam te, na których wycinki tej pięknej, norweskiej Narnii widać najlepiej. Puszysta i gruba warstwa śniegu skutecznie maskuje różnorodność przyrody i zamraża strumienie, ale taki właśnie na poły bajeczny, a na poły surowy krajobraz przyszło mi oglądać i takiż on właśnie mnie ujął.
Szalenie zazdroszczę Norwegom pięknych, w bodaj dziewięćdziesięciu procentach drewnianych, domków. Nie zdarza się często, by moje oko w Polsce dostrzegało tak klimatyczne (a przy tym proste i raczej skromne, broń Boże wille) domki. I co więcej kolorowe, co u mnie, przywykłej do widoku stonowanych, a najczęściej białych/beżowych/brunatnych elewacji, wywoływało serdeczny uśmiech. Małe oazy spokoju, które przy tak niewielkim zaludnieniu gwarantują swobodę i komfort. Oczywiście są i minusy takiego "wyobcowania", ale przypuszczam, że mieszkańcy tych stron już dawno przywykli do takiej specyfiki zabudowy.
Podczas licznych spacerów krajobraz nie zmieniał się diametralnie, ale mimo to nieustannie mnie zachwycał. Może też dlatego, że polska zima automatycznie obudowuje w mojej głowie wszelkie dotyczące jej skojarzenia sowitą porcją brei. Tu zaś, sięgający mi gdzieniegdzie do połowy uda śnieg, stanowił jakby urzeczywistnienie dziecięcych marzeń o bezkresnych połaciach prawdziwie "śnieżnobiałego", skrzącego się puchu, nieskażonego niczyją stopą (!). Tak więc momentami czułam się i bawiłam jak dziecko. Zresztą nie tylko ja:)
Jak wiadomo, czas spędzony beztrosko mija w hiperprzyspieszonym tempie, a świadomość, że dobiega końca jest jak kubeł zimnej wody.
Norwegia pożegnała nas nad wyraz ciepłą temperaturą. Pan pracujący w Hemsedal na stoku stwierdził ponoć, iż nie przypomina sobie, by o tej porze roku zdarzyła się tak łagodna temperatura. Tak więc moje obawy sprzed wyjazdu, że wrócę jako sopelek lodu, okazały się dalekie od rzeczywistości. Tym samym też podróż powrotna minęła trochę mniej stresująco.
Odcinek Hemsedal-Karlskrona przebyliśmy w czasie krótszym niż zamierzaliśmy, więc na miejscu mieliśmy czas, by trochę się rozejrzeć. Miasto wyglądało na ładne i zadbane, a niezmiernie miłym akcentem było polskie menu w jednej z knajpek, bowiem rozszyfrowywanie szwedzkiego to rzecz naprawdę karkołomna.
Tym razem na widok promu cieszyłam się znacznie mniej, trudno jednak się dziwić:)
I tym oto tęsknym wzrokiem kończę moją (około)norweską relację, zachowując wspomnienia ciepłe jak ten kubas pełny pysznej herbaty:)
PS. Wiem, że zagląda tu, a nawet czyta;) ten blog osoba, dzięki której ten wyjazd w ogóle się udał. Tak więc dziękuję :)) .
Piękne zdjęcia, widoki, białe szaleństwo. Na huśtawce to się nie pobujałaś:)
OdpowiedzUsuńNie bardzo, ale była też ślizgawka, więc sobie zjechałam :-D
UsuńNie mogłam się powstrzymać i przed czytaniem przeleciałam wszystkie zdjęcia <3. Jak ja byłam w Norwegii na początku listopada to już była masa śniegu ^^! A te wszystkie tak podobne domki (ja chyba nie widziałam żadnego niedrewnianego!) to po prostu przepiękny bajkowy obrazek i jeszcze nawet ich kolory są w jednym "klimacie" *.*.
OdpowiedzUsuńA ja nie widziałam żadnego somersby blackberry :< ;)
UsuńAle na zdjęciach Dominika widziałam, że znaleźliście gruszkowe - chociaż tyle ^^
Usuń